Przyznam się Wam, że byłam mężatką. I to aż 9 lat a pobraliśmy się po 5 latach związku. Fajnie było być żoną, ale bycie 29 letnią rozwódką było jeszcze fajniejsze. Małżeństwo się skończyło, w przyjaźni i za obopólną zgodą. Rozstaliśmy się bez gniewu i zaczęliśmy swoje życie budować na nowo.

Zakochałam się. Na zabój, na amen, na zawsze. I od razu weszłam na poziom „i żyli długo i szczęśliwie” a on niekoniecznie. I tak sobie na początku byliśmy ze sobą i obok siebie ja na 100% w związku, on nie wiedzący czy chce poważnego zobowiązania czy jednak nie.

Aż w końcu to z jego ust padły te dwa magiczne słowa i wiedziałam, że jest w tym związku na 100% tak jak ja. I, że chce go budować równie mocno.

Zaczęliśmy ze sobą mieszkać po niecałym roku znajomosci. I uwierzcie mi, że to wcale nie była sielanka. No bo jak żyć, kiedy z weekendowego faceta, który gotuje jajka na miękko i robi najlepszą zupę pomidorową na świecie, stał się nagle facetem, który gra na konsoli przez pół dnia po pracy, zostawia włoski po goleniu brody na umywalce i statki w zlewie. Facetem, który wystawia moje kwiaty na parapet zewnętrzny bo „bawią się w chowanego” i nie wynosi śmieci. A najlepszą wymówką był żart „nie po to wyprowadziłem się z domu by teraz śmieci wyrzucać”

I tak się docieraliśmy, uczyliśmy się siebie nawzajem i pracowaliśmy nad wspólnym życiem. I cholera, wychodziło nam to doskonale.

Ja uczyłam się oszczędności i wycierania umywalki po jego goleniu (:D) a on zmywania naczyń, wynoszenia śmieci i chodzenia na targ po świeże warzywa.

Ja dusza towarzystwa, wygadana, wiecznie uśmiechnięta i zadowolona, uwielbiająca zabawę przy karaoke, planszówkach czy kalamburach a on wycofany, nieco nieśmiały facet uczył się tego wszystkiego i wyobraźcie sobie, że lepszego kompana do kalamburów czy scrabbli nie miałam w życiu.

Jedno pozostało niezmienne, nasze charaktery. Ja uparta, prawie zawsze awanturnica, zawsze po włosku, on choleryk, małomówny i zupełnie nie okazujący emocji. Czasami stoik.

Nasze kłótnie przypominały sceny dantejskie, wyrzucanie rzeczy z szafy i pakowanie do torby, płacz i uciekanie z łóżka bo nie chciał się przytulić, wiecie, hormony swoje robiły. Także czekałam sobie na fotelu albo na kocu na podłodze aż przyjdzie, przytuli i powie, że kocha. A on nic, choleryk wstrętny śmiał się, że wyglądam jak wieloryb wyrzucony na brzeg i czekał aż sama wrócę. I tak nadchodził ranek a my nadal nie byliśmy pogodzeni i spaliśmy osobno.

Zmieniliśmy mieszkanie, sami je wyremontowaliśmy, ciężko przy tym pracując i ciesząc się na nowe gniazdko. Jednak jeden mały zgrzyt, zamieszkaliśmy blisko domu rodzinnego mojego lubego. I każda nasza włoska kłótnia kończyła się ciszą i wyjściem z domu. Czasami na noc. Czasami na godzinę.

I przyszedł ten moment kiedy chyba dorosłam, przeszły mi wszystkie foszki, pogadaliśmy od serca, o tym co nas gryzie i co nam przeszkadza. I zaczęliśmy żyć normalnie, nie sielankowo bo to byłoby nie do zniesienia, ale normalnie.

I jeszcze bardziej polubiłam ten związek, wspólne chwile, nasze zajęcia, seriale czy ulubione knajpki.
Bo lubimy spędzać czas razem, cieszymy się wspólnymi chwilami i wygłupiamy się jak dzieciaki. Przekomarzamy i żartujemy. I możemy na siebie liczyć, wspieramy się i ufamy sobie.

I nie jest tak, jak kiedyś myślałam, że te nasze włoskie kłótnie były motorem napędowym naszego związku, że są nam potrzebne.
Bo możemy sobie powiedzieć spadaj na drzewo czy skocz do wulkanu i za chwile dajemy sobie buziaka. Bo jak mamy coś do powiedzenia co nas wkurza to mówimy to od razu.

I nadal wkurza mnie zostawianie przez niego niedomytej umywalki po goleniu czy nieodkładanie rzeczy na swoje miejsce a nawet uwaga! Zostawianie okruszków na łóżku – taki z niego ciasteczkowy potwór. A jego wkurza odkładanie książek gdzie popadnie, pracowanie w łóżku czy milion innych „przywar” u mnie, to dogadujemy się i nasz związek ewoluuje. I kochamy się, mimo tego wszystkiego i tak po prostu. A czy jest coś ważniejszego? 🙂

Wciąż wierze w instytucję małżeństwa i mimo, że Nieślubny niekoniecznie tego pragnie, to wiem, że całkiem poważnie o tym myśli. I fajnie było być żoną i wiem, że nawet jak będę Nieślubną partnerką, też będzie fajnie, bo z bardzo fajnym człowiekiem u boku.

Czy macie w swoich związkach takie rzeczy, za które macie ochotę wystawić partnerowi walizki za drzwi? Kłócicie się czy stawiacie na rozmowę? Podzielcie się ze mną swoimi doświadczeniami, jestem bardzo ciekawa 🙂

 

Agnieszka

Agnieszka

Autor

Agnieszka

Pasjonuje mnie życie.