Mam koleżankę, taką od pierwszej klasy podstawowej szkoły, gdzieś tam się widywałyśmy, nawet uczyła mnie przez jakiś czas języka angielskiego. Bo Madzia to dyplomowany nauczyciel. I wiesz, Magda zawsze miała jakiś sentyment do Włoch, jak w szkole ktoś mówił o tym wspaniałym kraju, to na myśl przychodziła właśnie ona. Jej uroda nawet wprowadzała w błąd, bo obdarzona cudownymi ciemnymi włosami, śniadą karnacją i głośnym, przyjaznym śmiechem.

I ją te Włochy też tak wołały, wiem, że była tam kilka razy i w końcu przywiozła sobie Włocha 😉 Miłość przyjechała za nią i zamieszkała w naszych rodzinnych, małych ale cudownych Pabianicach. Nawet nie wiedziałam, coś ten brak kontaktu nie wychodzi na dobre. I wiesz co, Madzia wraz z miłością swoją, Sergio, postanowili zawojować rynek kulinarny i otworzyli swoją Trattorię. I wreszcie udało mi się ją odwiedzić!

Boczna uliczka, niemal na wyjeździe z miasta. Okolica spokojna, odstająca mocno od włoskich zatłoczonych uliczek, ba! odstająca od ścisłego centrum miasta, ktoś tam przejdzie z pieskiem, ktoś przejedzie rowerem, dookoła bloki. I mały pawilon z kilkoma lokalami, jakiś sklepik, garmaż i ona, Trattoria Mamma Mia! Niepozorna z zewnątrz, w środku prosty wystrój. Obrusy niczym cerata u babci w czerwono białą krateczkę, ciemne krzesła, kominek, mały bufet i kilka obrazków powieszonych na ścianach, niby nic wielkiego, ale czytaj dalej 🙂

 

Magda przywitała się ze mną, życzliwie i ciepło, coś z tej włoskiej mammy u niej jest 😉 I podała nam karty, wiedząc z opinii, że wszystko jest dobre, nawet nie musiałam zaglądać w kartę tylko zapytałam co poleca i trafiłam w dziesiątkę. Ja zamówiłam lasagne po bolońsku a mój towarzysz zupę Minestrone, na deser oboje zdecydowaliśmy się na Tiramisu oraz Panna Cottę.

Oczekiwanie na zamówienie, które uwaga! przygotowywane jest na miejscu, zupa również, nie mają w garnku na zapleczu 10 litrów do podgrzania, tylko Sergio przygotowuje świeżą porcję przy każdym zamówieniu, zleciało nam na obserwacji i zachwycaniu się atmosferą. Magda wędrowała po sali krzątając się i zagadując obecnych gości, z nami również zamieniła kilka słów, oraz podała to, do czego zawsze mam słabość. Chleb, masło i oliwki. Zachwycona byłam masłem, a niby proste bo masło z dodatkiem czosnku i pietruszki. Idealne.

Gdy nasze zamówienie pojawiło się na stole, cóż, już na pierwszy rzut oka przeraziła mnie wielkość porcji. Oszołomił zapach i wiesz, smak tego sosu pomidorowego, bajeczny. Ja kuchnię włoską kocham nad życie, we Włoszech byłam raz, przez dosłownie sekundę na Sardynii, a do dzisiaj pamiętam smak i zapach każdego próbowanego dania. I to wspomnienie nadleciało do mnie gdy tylko spróbowałam swojej lasagne. Rozpływający się w ustach makaron, świetnie stopiony ser i mięso, a Ty wiesz przecież, że ja mięsa nie jem już długo. A oprzeć się nie mogłam.

Minestrone smakowała identycznie jak ta jedzona we Włoszech. Nie wiem, czy przywożą swoje warzywa, czy hodują na działce czy kupują na targu, idealnie dobrane, aromatyczne i zupie, której spróbowałam dzisiaj łyżkę jestem w stanie ślubować wierność na lata.

I tak sobie jedliśmy, Madzia kręciła się po sali, 6 stolików niby niedużo, ale z każdym zamieniła słówko, zapytała jak smakuje, uśmiechnęła się, a Sergio, włoski szef kuchni osobiście wyszedł do nas się przywitać, rozmawiał z klientami a nawet słyszałam jak śpiewał w kuchni. Boska atmosfera. Gdy już nie mogłam swojego dania, no cholera jeszcze pyszny deser na mnie czekał, usłyszałam od Magdy życzliwe i ciepłe ale stanowcze jedz, bo naskarżę, że nie smakuje i rzeczywiście, chwilę później Sergio pojawił się na sali i przekornie zaczął po włosku do mnie mówić. I pozornie nie przekonało go moje polskie “jest pyszne” Widziałam, że z uśmiechem wrócił do kuchni by znów po chwili usłyszeć jak krzyczy po polsku do widzenia, gdy najedzeni klienci opuszczali lokal.

Najlepsze we włoskiej kuchni są makarony i desery, no dobra, pizza też. Nie ma jednak, że trzy grzyby w barszcz. Po lasagne, obietnicy Magdy, że zapamięta że nie jadam mięsa dostaliśmy cudo! Prawdziwe cudo. Panna Cotta najlepsza na świecie, delikatna, kremowa, idealna. A Tiramisu kawowe jak należy, równie delikatne i aromatyczne. Dla mnie? Lepsze niż to, na które natrafiłam w Alghero. Dla mojego towarzysza, zdecydowanie na 6+

Jak widzisz, niepozorny lokal, z domowym wystrojem, wesołą mammą i rozśpiewanym kucharzem zapewnił nam niezapomniane wrażenia smakowe i wiem, Ty też to wiesz, że gdy będziesz w Łodzi, w okolicach, to musisz koniecznie odwiedzić Pabianice i wpisać w nawigację adres Odrodzenia 3a by zjeść coś równie pysznego i na chwilę przenieść się do Włoch, bo to masz zagwarantowane. I uwierz mi, nie wydasz majątku bo ceny są rozsądne jak za takie porcje i taką jakość.

Wiem, że kolejny raz odwiedzę Mamma Mia już z Nieślubnym, wiem nawet co będziemy jeść bo pizza podawana do innych stolików bardzo, ale to bardzo kusiła.

Cieszę się, że dzięki dwójce zakochanych powstało takie wspaniałe miejsce. Pełne ciepła, domowej i wesołej atmosfery, pysznego jedzenia i żartów. Warto zgubić się w Pabianicach i odnaleźć przed drzwiami tego lokalu, jestem pewna, że nikt nie wyjdzie stąd zawiedziony.

 

To nie jest wpis sponsorowany, nawet chlebem mnie nie przekupią, to wpis z miłości ;))

A Trattorię Mamma Mia znajdziecie na facebooku a pełne menu tutaj oraz oczywiście pod adresem :

Odrodzenia 3a, 95-200 Pabianice

 

Agnieszka

pees: Nie zrobiłam zdjęć, zbyt dobre było i szybko znikło nasze zamówienie, ale pozwolili mi umieścić kilka fotografii z ich fanpage 🙂

Agnieszka

Autor

Agnieszka

Pasjonuje mnie życie.