Parząc na to, co wydarzyło się na Nanga Parbat, co dzieje się w drodze na K2. Bardzo ciepłe myśli kieruję w stronę Tomka i jego rodziny a z naszego sprinterskiego duetu jestem dumna. I gdzieś po tych wydarzeniach, postanowiłam napisać kilka słów o mojej miłości do gór.

W nasze rodzime Tatry wyjeżdżam od kilkunastu lat. Zdobywam szczyty mniejsze i większe, wszystko zależy od kondycji, pogody, samopoczucia i posiłków. Dokładnie, to co zjem też ma wpływ na to jak się czuje w drodze.
Niejednokrotnie szlam przez wysokie Tatry, zdobywałam czy też przechodziłam dwutysięczniki bez większego problemu, a zdarzały się dni, kiedy wejście na Sarnią Skalę czy dojście do Hali Gąsienicowej stanowiło wyzwanie.

I to nauczyło mnie pokory.

Bo o ile ja znam swoje możliwości i wiem, czy warto zrywać się przed świtem by zdążyć na szczyt czy też lepiej pospać i zrobić sobie spacer po dolinie, o tyle góry czasami zamykają swoje drzwi dla mnie. I ja się nie kłócę.
Nawet jak Giewont, na który wchodzę niemal zawsze gdy jestem w Tatrach, mówi mi nie, to ja to szanuję.

Wiele szczytów, zwłaszcza w tych wyższych partiach wciąż pozostaje przede mną bo zdarzyły się burze czy deszcze nagle, które przeszkodziły mi w drodze.

Jednak wiem jedno, jeżeli jakaś góra mnie woła, to ja biegnę. I nie dyskutuje. Bo góry mają poza swoim widokiem do zaoferowania wiele, hartują, uczą pokory, współpracy, zaufania i wytrwałości. Kurde sporo tego. Ale myśle, że się ze mną zgodzicie.
Ja mam taką górę w Tatrach, Rysy odkąd tylko je zobaczyłam mnie ciągną, oglądam je, robię podchody i mimo dość łatwej ścieżki (🙃) nadal ich nie zdobyłam. I nadal będę próbować.

Ja, która na Krzyżne wchodzi bez zadyszki niemalże a na Giewont wbiega, nadal nie mogę odznaczyć Rysów na swojej liście. Może w tym roku. Może latem. Na pewno będę próbowała.

A jak zdobędę już te Rysy latem i zimą, jak już będę szczęśliwa i spełniona bo w końcu „mój” szczyt, to może wyruszę dalej, na południe i tamtejsze pasma górskie ☺️

Wiecie z wyjściem w góry wiążą się jeszcze inne aspekty, ale ten najważniejszy, o którym dzisiaj rozmawialiśmy to bezpieczeństwo. W obliczu tragedii na Nanga Parbat, która jest krytykowana, komentowana i opisywana, doszłam do wniosku i wiem, że część osób zajmujących się wspinaczką profesjonalnie, nie tak jak ja amator taternik, ma podobne zdanie.

Idąc w góry nie boje się o siebie. Nie narażam swojego życia celowo działając niedbale czy postępując lekkomyślnie, ale też nie boje się, że cokolwiek mi się stanie. Bo to kocham, bo gdyby się stało to robię coś w co wierze, co daje mi spełnienie i satysfakcję, ale naprawdę to nie myśle o tym wcale, jednakże gdyby cokolwiek się stało, to na pewno koniec w miejscu ukochanym byłby najlepszym z możliwych. Oczywiście, wierzę, że nigdy się nie stanie nic, ale ryzyko należy znać.

Zupełnie inaczej wyglada sytuacja, gdy w góry wychodzi sam Nieślubny, bo ja nie czuje się na siłach a on chce zdobyć któryś szczyt czy też pospacerować. Nie mam nic przeciwko. A od jego wyjścia martwię się, muszę mieć kontakt telefoniczny/smsowy, musi mi mówić o zmianach trasy, boje się o niego i chociaż wiem, że jest super ostrożny, odpowiedzialny i nie szarżuje, to boje się i martwię. Inaczej niż o siebie.

I tak patrząc na siebie, na sytuacje, która rozegrała się w Himalajach, myślę sobie, że oni nie myśleli o swoim zdrowiu i życiu, oni robili coś co kochali i o czym marzyli. I tylko na dole, tutaj były osoby, które zjadały paznokcie, którym teraz przyjdzie zmierzyć się z żałobą.
Jestem z nimi sercem. I czekam na dalsze wieści. Może jeszcze zdarzy się cud.

 

Agnieszka

Agnieszka

Autor

Agnieszka

Pasjonuje mnie życie.