Czas ucieka mi przez palce a ja z tym walczę :)

Nawiązując do mojego poprzedniego wpisu, o szanowaniu swojego czasu i życiu offline, stworzyłam dla Was mały poradnik, który mi osobiście pomaga zarządzać czasem i być niemal jak Ola Budzyńska, którą szczerze podziwiam. Bo wiecie, to nie jest tak, że ja obudziłam się pięknego dnia i pomyślałam, eureka, mam wszystko uporządkowane. Dla mnie to była masakra od początku, kiedy przestałam pracować na etacie a zaczęłam na własny rachunek. 

No bo jak to, ja nie dam rady zrobić zlecenia, zakupów, odebrać trzech telefonów od klienta, wyprać i wyprasować zaległe pranie a do tego jeszcze ugotować obiad i o 14:30 czekać na Nieślubnego umalowana i z uśmiechem przyklejonym do twarzy. No jasne, że nie dałam rady. Ba! Ja się poddałam drugiego dnia. Niestety jest tak, że jak się robi wszystko, to nie robi się nic.

Zaczęłam więc małymi krokami, poświęcałam godzinę rano na śniadanie, ogarnięcie siebie i z kawą zasiadałam do pracy. Najbardziej efektywna jestem w godzinach porannych, więc 2-3 godziny pracowałam na pełnych obrotach. Później zakupy, obiad, jakieś tam obowiązki domowe, które podzieliliśmy między sobą, znaczy ja gotuję on zmywa albo odwrotnie, on robi zakupy a prasuję. I zaczęłam czuć, że oddycham. Niestety, tylko trochę bo okazało się, że klient raz nauczony zawsze będzie robił to, do czego przywykł. Więc odbierałam telefony w drodze na siłownię, basen, na spacerze czy zakupach, tłumaczyłam i odpowiadałam na wszystkie pytania. I po powrocie do domu siadałam do pracy bo klient prosił. Szczytem był dzień, kiedy klient zadzwonił do mnie o 20 wieczorem, poprosił o uratowanie tyłka a ja, siedząc na imieninach, bez swojego narzędzia pracy poprosiłam obecne na imprezie dziecko o pożyczenie laptopa. Szybko ściągnęłam z chmury co mi było trzeba i przesłałam klientowi, wyłączyłam komputer i spojrzałam na ludzi, którzy patrzyli na mnie jak na kosmitkę.

I wiecie, zdałam sobie sprawę, że tak się nie da żyć. Że ja ten swój czas pracy, obowiązków. życia muszę ogarniać i nie dopuszczać do takich sytuacji jak ta z imienin. Bo wstyd. I hańba mi!

Krok po kroku uczyłam się wszystkiego, dzięki temu dzisiaj mam czas na pracę, ugotowanie obiadu i wyjście ze znajomymi, ba nawet założyłam drugi numer telefonu (wreszcie się bizneswoman robię :D) i przestałam być zabieganą, wiecznie goniącą Agnieszką. Moje kroki, mam nadzieję pozwolą i Wam nieco zorganizować swój czas i uczyć się wraz ze mną jak żyć według własnego planu.

Oto co mi pomaga w organizacji:

  1. Kalendarz i planer – niestety obowiązek posiadania chociaż jednego z nich powinien być nakładany odgórnie. Ja nie funkcjonuję bez kalendarza. Ważne rzeczy wpisuję z długim wyprzedzeniem i czerwonym kolorem, są nienaruszalne. Spotkania, wyjścia ze znajomymi, a nawet małe wagary od pracy. Wszystko jest w kalendarzu, czasami nawet co do minuty rozpisane. Ostatnio wpisuję nawet treningi i wyjścia na zakupy, co zapisane jest nie do zmiany.
  2. Telefon z numerem służbowym – dopóki go nie miałam, było okej, teraz jest bajecznie. Pracuję według samodzielnie ustalonego grafiku i w tych godzinach telefon jest włączony. Minutę po zakończeniu przeze mnie pracy, wyłączam go. I wiecie co? Świat się nie zawalił ani razu, moi bezbronni klienci cierpliwie czekali do kolejnego dnia by ze mną porozmawiać, uszanowali mój czas. Bo i ja go uszanowałam. A przecież wcześniej, to ja sama ich nauczyłam, że jestem dostępna niemal przez 24/7
  3. Ustalenie priorytetów – co jest dla Ciebie ważniejsze? Mieć czy być? Bo dla mnie zdecydowanie być. I dlatego to mój priorytet. Pracuję bo lubię i dzięki temu mam też za co żyć (taki mały bonus :D) ale pracuję tyle ile muszę. Niezbędne minimum. Miałam plan pracy na 3 godziny a wyrobiłam się w 2 to nie siedzę i patrzę tępo w monitor, ale go wyłączam i kończę dzień pracy. Wiem, nie każdy może sobie pozwolić na taki komfort, ale może to kwestia dogadania? Pracując jeszcze w agencji na etacie, po pewnym czasie odkryłam, że moja produktywność spada po godzinie 14 (dobra, po obiedzie chciałam na sjestę) a od rana robię robotę na dwa dni. I dogadałam się, przychodziłam na swoją godzinę i nie zostawałam do końca zmiany prawie nigdy, mogłam wyjść gdy cała praca została wykonana i dzięki temu mogłam zrobić sobie dłuższy spacer, pojechać na RODOS czy wrócić wcześniej do domu i poczytać książkę. To działa również teraz, jestem a nie mam, mogę czytać, spacerować, jeździć rowerem i biegać zamiast marudzić Nieślubnemu, że jest 16, jest ciemno i moje życie nie ma już żadnego sensu, czas umierać bo znów się nie wyrobiłam. (Uwierzcie mi, on często słucha takich apokaliptycznych wywodów z mojej strony, cóż… taka natura :))
  4. Szanuję ludzi i ich czas – to nie jest żart, wiecie ile czasu można stracić przez nieodpowiednich ludzi? Ogrom! I to nie tylko w pracy (tu dopóki mogę to wyznaję zasadę zrób to sam bo najlepiej a o telefonach wyżej) ale przede wszystkim w życiu prywatnym. Opowiem Wam krótko, jak bardzo się zawiodłam. Mieszkam w Łodzi a moje rodzinne miasteczko znajduje się jakieś 20 km dalej, większość przyjaciół i znajomych tam mieszka i chciałabym bardzo się z nimi widywać, ale… Jakiś czas temu zostaliśmy zaproszeni przez przyjaciół więc wyszykowaliśmy się, podróż niemal godzinna do miejsca docelowego, rozgościliśmy się w lokalu czekając na nich, spóźnieni o 30 minut wpadli by powiedzieć, że źle się czują i wracają do domu. Wiecie jak się wkur(&$#%)zyłam? A Nieślubny? Kipieliśmy oboje. Bo w tym czasie mogliśmy iść do kina, na kolację, nie wiem, posmyrać się po plecach. Ale poświęciliśmy 2 godziny z hakiem na przejażdżkę tramwajem, ot taka rozrywka. I wiem, że teraz już nie dam zmarnować swojego czasu, zwłaszcza tego, który mogę spędzić miło w dobrym towarzystwie. Jeżeli ktoś zmienia plany w ostatniej chwili, to o ile nie jest to sprawa wagi żyć – umierać, nie akceptuję tego. Mój czas jest ważny. Tutaj trzeba być egoistą.
  5. Zakupy – nie cierpię ich robić, nienawidzę tłumów przelewających się przez duże galerie handlowe, kolejek w marketach i noszenia ciężkich toreb. Zawsze podczas zakupów czuję, że marnuję swoje życie. Tak, niestety jestem taką babą nie zakupową (miewam napady, na swoje chciejstwa, rzadko ale miewam) Zakupy spożywcze robię raz na 2 tygodnie online, są sklepy dowożące towary w każdym mieście i jest to niezwykle wygodne. Raz w tygodniu Nieślubny wędruje na targ i kupuje warzywa, owoce i jaja od zaprzyjaźnionego hodowcy kur a codziennie kupuje sobie pieczywo do pracy. Zobaczcie jaka oszczędność czasu, nie ma kolejek, tłumów i co najważniejsze, noszenia toreb 🙂

 

Uwierzcie mi, te sposoby dla mnie działają i świetnie się organizuję. Istnieje szansa, że cokolwiek z tego uda Wam się przenieść do swojego życia i żyć bardziej tutaj i teraz, a nie goniąc za jutrem. Bo zdecydowanie bardziej potrzebujemy być, żyć, spędzać czas na przyjemnościach niż gonić za mieć i zastanawiać się, gdzie nam życie uciekło. Mi zwiało jakieś 12 lat życia, na pewno Wam o tym opowiem.

 

Pees: W ciągu kilku dni na moim Instagramie (@zdrowissima) pojawi się mały konkurs a w nim do wygrania planery i kalendarze, jeszcze nie wiem czy w zestawach czy osobno 🙂 Śledźcie uważnie bloga i moje kanały komunikacji. Do zobaczenia!

 

Agnieszka

15 komentarzy to “Czas ucieka mi przez palce a ja z tym walczę :)

  • Ciekawy tekst. Bende zwracał uwagę na rady, Dziekuje

  • Super pomysły i bardzo fajnie napisany post. Przyda mi się :):):) Pozdrawiam ciepło.

    • Agnieszka
      1 rok ago

      Cieszę się, że coś sie przyda.
      Mam nadzieje, że jeszcze się tu zobaczymy 🙂

  • Kalendarz to u mnie podstawa – uśmiechnęłam się widząc go jako nr 1 🙂 Zgadzam się w 100% z Twoim tekstem.

    • Agnieszka
      1 rok ago

      Jeśli jeszcze nie kupiłaś, koniecznie śledź mojego Instagrama, tam niebawem konkurs z kalendarzem do wygania 😉

  • Ciekawy wpis. Ja bardzo lubię organizację i cenie sobie punktualnosc.

    • Agnieszka
      1 rok ago

      Punktualność to podstawa. A pamiętam czasy, gdy byłam wiecznie spóźniona, nawet na poerwszą randkę z Nieślubnym

  • Oj wiecznie mi ktoś ten czas zabiera , a ja mam tyle do zrobienia…

    • Agnieszka
      1 rok ago

      Musisz koniecznie wyznaczyć chociaż godzinkę dla siebie w ciągu dnia i zapomnieć o wszystkich dookoła. Trochę praktyki, przyzwyczajania innych i się uda 🙂

  • Mam podobne zasady w swojej pracy. To nic, że pracuję zdalnie, obowiązują mnie godziny pracy i tego się trzymam. Daje mi to możliwość rozgraniczenia życia zawodowego od tego osobistego. Pozdrowienia i do usłyszenia 🙂

    • Agnieszka
      1 rok ago

      Cieszę się, że nie tylko ja trzymam się takich zasad. Nie ma „siedzisz w domu to możesz” nie mogę i już 🙂

  • Bardzo fajny wpis. Ja bez kalendarza, nie potrafię już funkcjonować. Praca, uczelnia, staż, życie osobiste.. Czasu mało a pomysłów dużo i kiedy to wszystko robić, jak i odpocząć trzeba 😉 Pozdrawiam 🙂

    • Agnieszka
      1 rok ago

      Weronika, właśnie ten kalendarz czasami ratuje życie w kryzysowych sytuacjach, ale też pozwala na rozważne korzystanie z czasu. Takie moje doświadczenia 🙂

  • Eh, chyba jednak muszę wrócić do papierowego kalendarza. Chociaż… trudne sprawy! Próbowałam się przestawić na guglowy – bo mam zintegrowany z Moim, bo co któreś z nas doda, jest już po obu stronach, bo na każdym urządzeniu, jeśli akurat nie mam papierowego przy sobie – a zazwyczaj nie mam, bo porządny kalendarz z miejscem na planowanie dnia godzinowego jest duży, za duży, żeby wszędzie go taszczyć w moim malutkim plecaczku codziennym – nie ma tragedii, mogę zanotować z poziomu na telefonu i jest tam, gdzie być powinno. Tylko, jakoś nie potrafiłam zrobić z tego nawyku. Z jednej strony, papier kusi o wiele bardziej, planowanie na papierze zawsze wydaje mi się jakieś takie bardziej znamienne; z drugiej – no właśnie – tego papieru zazwyczaj ze sobą nie mam, i nie można na nim planować wspólnie z chopem. Przydałby się taki megaplanerokalendarz dla dwóch osób – jeden dzień z dwoma wielkimi boksami godzinowymi po dwóch stronach, ale nie oddzielonymi zbyt mocno, żeby wspólne rzeczy można było zapisywać na całości… i cue kolorkowy. A kiedy już dzień cały zaplanowany, jakieś ładne ramki do odgrodzenia planów dla dwóch osób. Heck, mam ochotę to zaprojektować i posłać do drukarni 😮

    „jest 16, jest ciemno i moje życie nie ma już żadnego sensu, czas umierać bo znów się nie wyrobiłam.” – a to jak o mnie! Mój zna to aż za dobrze. Rzuca we mnie wtedy czekoladą. Czasami nawet działa!

    Powiem Ci, jak tak sobie myślę, czas, kiedy robiłam pracę dyplomową, był dla mnie czasem największego, najlepszego zorganizowania i posiadania dużej ilości czasu. Tzn. na początku nie miałam wcale i byłam zrozpaczona, ale później, z konieczności, zaczęłam poznawać różne techniki organizacji, pracować w pomidorach, rozpisywać sobie wszystko w bullet journalu, a ogólny plan dnia był w godzinach – i było super, i dało się tego trzymać – i z utęsknieniem czekam dnia, kiedy już będę pracować, właśnie tak, freelancingowo, zdalnie, żeby móc do tego wrócić. Wszystko się komplikuje, kiedy planu dnia nie ustalam ja, on się zmienia, a ja muszę się do niego szybko dostosowywać – podjęłam w tym roku kolejne studia – mocno praktyczne, dużo projektów – i to jest jakiś chaos; zajęcia odwoływane, dodawane, a tu ludzie na projekt nagle chcą się spotkać, a tu nie na projekt, bo coś innego nagle ważnego. I fakt, tu też trzeba metodą małych kroczków; miałam już super plan wciśnięcia sobie godziny rysowania dziennie każdego dnia, rozpisałam sobie, jak to ma wyglądać – wykrzaczyło się, kiedy weszły mi w te terminy spotkania projektowe + okazało się, że to są godziny, w których często kończę przygotowania na kolejne zajęcia, bo wcześniej się ze wszystkim nie wyrobiłam. Spróbuję jeszcze raz – i tym razem pamiętając też o czasie dla siebie – być może najważniejszym krokiem w tym wszystkim jest znalezienie tych 5-20 minut każdego dnia na zaplanowanie każdego kolejnego dnia indywidualnie, już z wzięciem pod uwagę wszystkich nagłych rzeczy, które mogą się wydarzyć?… Brzmi jak dobre postanowienie noworoczne 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *